Chemiczne pranie marynarki
Agaton bał się oddać swoją marynarkę z lnu do pralni. Bał się konkretnie tego, że chemiczne pranie marynarki ją zniszczy. Jakoś nie przychodziło mu do głowy, że po to jest pranie chemiczne, inaczej zwane praniem suchym, żeby właśnie woda nie zniszczyła wełnianych włókien. Przecież marynarki z lnu nie dałoby się wyprać samą wodą, a jeśli nawet, to zaschniętych plam po kawie nie spierze się wodą o temperaturze trzydziestu stopni. I tak wisiała jego poplamiona marynarka z lnu w szafie – nie oddana do prania chemicznego, niezdatna do noszenia. W końcu żona Agatona, Beata, zadecydowała za męża i zawiozła marynarkę z lnu do chemicznego prania do pralni Perfect Clean. Była to pralnia, której ufała, bo nie raz oddawała do niej do prania swoje żakiety. Zapakowała mężowską marynarkę w stosowny pokrowiec i ułożywszy ją na siedzeniu pasażera ruszyła spod ich domu do Warszawy. W Warszawskiej siedzibie pralni Perfect Clean pokazała poplamioną marynarkę z lnu, a pracownik pralni orzekł bez wahania, że marynarka musi być wyprana chemicznie. Pralnia Perfect Clean była obecnie dość obłożona, więc oczekiwanie na chemiczne wypranie marynarki z lnu miało potrwać nawet czternaście dni. Do Beaty należało więc tak zadziałać, aby mąż nie spostrzegł braku marynarki w szafie. Łatwo nie było, ale różnymi wybiegami się udało.
Dwanaście dni później Beata znów jechała do Warszawy. Odbierając marynarkę z lnu po praniu chemicznym się nie zawiodła. Marynarka wyglądała pięknie. Prezentowała się wyśmienicie i żadne włókno, wbrew obawom męża, nie zostało przez pranie chemiczne zniszczone.
Komentarze
Prześlij komentarz